Gazeta Wyborcza o piractwie
Gazeta Wyborcza opublikowała nowe ciekawe dane dotyczące piractwa internetowego w Polsce. Tomasz Grynkiewicz i Piotr Miączyński w tekstach Piratujemy w sieci oraz Lubimy być piratami piszą m.in, że 5 milionów Polaków ściąga z internetu pliki muzyczne, video oraz programy komputerowe. Dalej konstatują, że choć grozi im za to więzienie traktują to jako styl życia.
Panowie w tekstach powołują się m.in na dane SMG/KRC dotyczące piractwa. Otóż te dane to właśnie nasz projekt badawczy. Szkoda, że na to dziennikarze nie zwrócili już uwagi i nie posługują się jego pełną i właściwą nazwą. Tak by przynajmniej wypadało. To było trochę ad personam, bo nas zabolało.
UPDATE: Gazeta Wyborcza poprawiła nazwę badania w tekstach online. Pozostajemy z uszanowaniem.
Teraz ad rem.
Zabrakło w artykule choćby wzmianki o czymś co się nazywa dozwolony użytek osobisty, lub choćby wzmianki o tym, że temat nie jest taki oczywisty. I w związku z tym pobieranie (tylko pobieranie) plików z sieci wcale nie musi być nielegalne. Choć prace magisterskie nie cieszą się obecnie dobrą opinią to można zapoznać się z pracą Mikołaja Podolskiego zamieszczoną w serwisie Vagla.pl, która dotyka tego tematu.
W tym kontekście ciekawe są zaprezentowane dane Gazety dotyczące serwisów “pirackich”. Korzystanie z Rapidshare czy Megaupload wcale nie musi prowadzić do odpowiedzialności karnej, gdyż nie są to tradycyjne sieci Peer-2-Peer.
Obrońcy praw autorskich mocno bronią swoich koncepcji nawiązując do odpowiedzialności prawnej, jednak zbyt mało moim zdaniem odnoszą się do kwestii moralno/etycznych. BSA od wielu lat prowadzi w Polsce akcje uświadamiające w tej kwestii pod kątem oprogramowania komputerowego. Brakuje podobnie mocnego głosu branży muzycznej i filmowej. A takie działania moim zdaniem przyniosłyby lepsze efekty. Fakt, że nie od razu i powinno to być działanie zaplanowane na lata, ale i efekty byłby zdecydowanie bardziej trwały.
Branża muzyczna i filmowa wyciągają wytaczają mocne działa przeciwko piratom chyba głównie z tego powodu, że trudno im przychodzi przekształcenie własnego biznesu i dostosowanie go do czasów internetu. Klasyczny przykład zespołu Nine Inch Nails, który wydał płytę na licencji Creative Commons i odniósł sukces, jeszcze chyba do nich nie przemówił. Takich przykładów musi być więcej i wtedy piractwo zacznie wytracać swoją dynamikę.
A poniżej dla przypomnienia wyniki naszego (D-Link Technology Trend)
badania dotyczącego właśnie piractwa internetowego.
3 Odpowiedzi
Jest wiele prawdy w tym co pisze GW. Społeczenstwo powinno sie delikatnie mowiac zastanowic nad sensem tego co robia, i jak oni czuliby sie w takiej sytuacji. Czy tez chcieliby byc okradani z miesiecy czy nawet lat swojej ciezkiej pracy?
To są właśnie kwestie etyczne o których pisałem. Tylko co innego etyka a co innego penalizacja zachowania. Zauważ, że w Polsce z tą kradzieżą to wcale tak nie jest do końca jasna sprawa. Co mają powiedzieć np. autorzy książek, którzy je pisali w czasie gdy nie istniał internet a teraz są dostępne jako audiobooki. To samo prawo do utworu ale kompletnie inny nośnik, o którym nie mieli bladego pojęcia, że w ogóle istnieje. Zresztą wydaje mi się, że piractwo komputerowe w Polsce już jest w fazie schyłkowej. Pomogły wersje OEM, pomógł rozwój darmowego oprogramowania no i w końcu pomogły akcje edukacyjne. Z branżą muzyczną jest zupełnie inna bajka. Moim zdaniem nie chodzi tu o interesy autorów, lecz wytwórni płytowych, które ze swoim specyficznym modelem biznesu (najpierw linia kredytowa artysty, potem jej spłacanie) nie potrafią się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Ciekawą propozycją są serwisy typu Jamendo czy rodzimy Megatotal, który ze swoim modelem biznesowym może sporo namieszać na rynku.



O ile Rapidshare i Megaupload zdecydowanie nie spełniają warunków rozpowszechniania (poza osobą, która plik tam umieszcza), to dla nie nie od razu jest oczywiste, że uczestniczenie w “roju” użytkowników danego torrenta jest tożsame z rozpowszechnianiem.
Tego oczywiście nikt jeszcze legalnie/formalnie nie sprawdził, ale udostępnianie kawałków nawet chronionego pliku nie powinno oznaczać, że uczestniczy się w jego dystrybucji – w wielu przypadkach plik złożony z fragmentów nie nadaje się do użytku, a więc nie jest tożsamy z utworem chronionym.
Dopiero udostępnianie całości (seeding) można pełnoprawnie uznać za rozpowszechnianie. I znów, co z sytuacją, gdy rozpowszechnimy jedynie połowę fragmentów, a pozostałe ktoś sobie skompletuje z innych źródeł.
To są ciekawe rozważania…